Zadzwoń
Napisz
Lokalizuj
2014-01-03

Sylwester 2013/14 - czyli jak żegnaliśmy stary i witaliśmy nowy

Zapraszamy do lektury relacji z zabawy Sylwestrowej okiem Dagi z Gdańska

Z kopyta

W weekend planuję odsypiać, toteż już dziś relacja sylwestrowa, bo czemużby nie? Na wsi on był, ten Sylwester, pasuje jak ulał.

Odkąd są małolaty, nie byliśmy na żadnym wychodnym sylwestrze, zamarzyło nam się więc coś innego niż zawsze, a że w listopadzie spadł śnieg, skojarzenie przyszło samo - kulig! Wprawdzie wiadomo, że zimy to za dziada pradziada jedynie trwały od Wszystkich świętych po Wielkanoc, ale wiara góry przenosi. Góry może i tak, ale śniegu nie nasypała.

Będzie kulig na kołach.

Wyszykowaliśmy stroje (zapowiedziano, że na bal po kuligu nie wpuszczają bez przebrania), co nie było wcale łatwym przedsięwzięciem; tylko mąż od razu wiedział kim chce być i kompletował gadżety - kombinezon malarski, laskę z gałki od karnisza i drążka do zasłonki prysznicowej owiniętej taśmą izolacyjną, melonik, majty i szyte w ostatniej chwili z prześcieradła szelki. Pewnym problemem był makijaż oka - jak tu umalować faceta, jak go łaskocze i majta tymi rzęsami i drga i wysmykuje się i rozmazuje wszystko???

Sama zastanawiałam się nad anielicą (małolat dostał skrzydła w przedszkolu), południową kacykówną (afroperuka i stosowna kiecka) lub kotem, który ostatecznie zwyciężył w głosowaniu (mąż wyszykował mi gustowne uszy z nieużywanych onucy od kaloszy...)

Pobłądziwszy maluczko na wertepach (gdy strzałka stoi za skrzyżowaniem po prawej stronie drogi i wskazuje na lewo, to obejmuje też drogę idącą prosto, czy nie? ;) ), dojechaliśmy w okolice Sztumu, do Stajni Iskra, która chwali się historią od tego dziada pradziada (co to za niego te śniegi bywały). Hotel nad stajnią, drewniane długie stoły, boazeria na ścianach, naturalne bale jako filary, ozdoby wiklinowe, figurki koni... klimacik. 

Przy barku chlebek, smalczyk, ogóry, pasta z cieciorki, z łososia, gorąca herbata - co tam ognisko, co tam kaczka o północy i jakieś dziczyzny - oderwać się nie można od chlebka!

Pominę pokoje (nagrzane!) i buszowanie w biblioteczce; tuż przed zmrokiem konie wprzęgnięte do dwóch krytych wozów i bryczki - dobrane kolorystycznie, wyglądają w parach cudnie, spod daszków niesie się z kociołków zapach grzańca, między kieszeniami a kubeczkami wędrują też naleweczki - ruszamy! My w pierwszym wozie, konie sforują się do przodu, na licznych dziurach leśnych i korzeniach buja niczym wielbłądem na pustyni, ale cenna zawartość kubeczków roni się nielicznym, inni zapobiegliwie przelewają ją czym prędzej w żołądki.

Co jakiś czas nasz gospodarz Kuba opowiada o mijanych atrakcjach turystycznych - na prawo proszę państwa widzimy las, na lewo... las! By czasem zaskoczyć nas... lasem po prawej i lasem po lewej. Żartuje sobie tak wdzięcznie, że i grzaniec nie potrzebny, by się zaśmiać. Udało się zobaczyć też dziczyznę, która okazała się okolicznym psem, jednak jeszcze z kwadrans później i w półmroku nie do odróżnienia!

W okolicach leśniczówki ognisko, kiełbaski, bigos i oczywiście kolejna porcja grzańca. Kiełbaski bezczelne, leciały w ogień hurtowo, obrażając się na zbyt grube kije lub też zbyt silny płomień, kto je tam wie właściwie.

Potem powrót.

Ciemno już niemożebnie, co odważniejsi zasilili cieki leśne w blasku komórek, teraz panowie dostają zadanie bojowe - utrzymać ogień. W zeszłym roku pochodnie miały pewną wadę - nie paliły się. Wzięliśmy to za kolejny żart, ale okazało się, że nie końca. Tylko naszym panom udało się utrzymać płomień aż do końca trasy, bryczka i drugi wóz jechały w ciemnościach, ratując się latarkami. Było im tym ciemniej, że nasze rumaki znów się wysforowały i zostawiły resztę daleko w tyle.

Ale nie byliśmy tacy egoistyczni - zostawialiśmy ślady niczym Jaś i Małgosia okruszki. Pochodnie roniły światełka na podobieństwo świetlików - nie wiem, czy dogasały same, czy tamci zatrzymywali się, by je wygaszać coby las nie poszedł z dymem. Co jakiś czas ratowaliśmy te nasze znicze olimpijskie, łączyliśmy je, odpalaliśmy jedne od drugich, w końcu na stałe złączono je razem na tyłach. Wyglądaliśmy jak rakieta. Z dopalaczami.

Przed samą stajnię dotarła ledwie jedna pochodnia, honorowa, lecz gdy tylko padło hasło, by poczekać na spóźnialskich i im poświecić, natychmiast zgasła!

Zimno było straszliwie. Wrażenie spotęgowało się po wyjechaniu z lasu, więc szybciutko do pokoi, odtajać pod grubymi kocami, przy herbatce, przy szmerze bajek na Pulsie2 (mąż nie wytrzymał, jest telewizor to musi grać ;) ).

Wreszcie kolacja i bal. Bal jak bal, dobry didżej zawsze poderwie towarzystwo, a temu nic nie brakowało!

Ale wyżerka... Mięska... Kluseczki... Modra kapustka na gorąco, suróweczki, sałateczki, zapiekane ziemniaczki pod kaczuszki. No dobra, wcale nie jestem żarłok. Na drugi dzień były konie. Znaczy jazdy konne dla wszystkich, w ramach niespodzianki.

Ach. Kiedy to ja ostatnio w siodle siedziałam... Oczywiście strój nieodpowiedni, niezbyt luźne dżinsy, kozaczki i marynareczka (podprowadziłam mężowi wyjściowy sweter na samą jazdę), bo przecież się nie spodziewaliśmy, tyle co przejażdżki wozami. Udało mi się wyprosić przeniesienie z grupy początkującej (nie zrobiłam dobrego wrażenia wizualnego!), z pominięciem "geriatrycznego kłusa w terenie", do grupy z galopem. Koń został ten sam. Przed uzyskaniem zgody, kazano mi zagalopować na maneżu. Przyznaję, że łatwo mi nie przyszło dogadać się z klaczką, ale pół kółka przeleciałyśmy i rotmistrz (prawdziwy, ojciec gospodarza), prowadzący grupę geriatryczną, krzyknął zza drzew, by mnie puścić. Z wrażenia dostałam zadyszki.

Klaczka może wolałaby półsennie dreptać po maneżu, bo parę razy potykała się o własne nogi (albo i korzenie), ale i w galopie nie odpuszczała, siedziała niemal na zadzie prowadzącego, co dla mnie - nigdy nie jeżdżącej w zastępie, było nader stresujące. Na naszych jeździłam w pojedynkę lub w parze obok siebie i koń gnał swobodnie przed siebie, bez żadnych hamulców.

Kozaczki ślizgały się w strzemionach, toczek opadał na oczy, w łydkach czułam te wszystkie lata przerwy, ale... była to najwspanialsza godzina całego Sylwestra. A właściwie już nowego roku. Znów miałam konia pod sobą, czułam zapach i dotyk sierści, słuchałam parskania...

Fajnie się zaczął ten rok. Zakwasów o dziwno nie ma ;)

źródło: blog "Baba ze wsi", który serdecznie polecamy! :)

 

Komentarze użytkowników (0)

Stajnia ISKRA
ul. Łąkowa 19, 82-400 Sztumskie Pole
tel.: 512 666 120 / e-mail: kontakt@stajniaiskra.pl

Newsletter

Aby otrzymywać aktualne informacje i promocje dotyczące oferty Stajni ISKRA – zapisz się
 
Stajnia ISKRA